Wyjazd do Kyryliwki, lato 2021 roku, morze, słońce i meduzy :)
Jak już wcześniej pisałem, tego lata w końcu postanowiliśmy gdzieś wyjechać i ostatecznie wybór padł na ukraiński kurort położony w Kyryliwce.
Wszystko przebiegło mniej więcej bez problemów, dlatego postanowiłem napisać krótką relację zarówno z samej podróży, jak i z miejsca, w którym mieszkaliśmy, oraz opisać Kyryliwkę z perspektywy osoby, której spojrzenie nie jest jeszcze „zamglone”.
Z góry przepraszam za jakość zdjęć. Początkowo nie planowałem pisać relacji, zdjęcia robiłem po prostu na pamiątkę dla siebie, smartfonem. Ale w trakcie spacerów wpadłem na pomysł, żeby przygotować coś w rodzaju fotorelacji z recenzją, więc fotografowałem wszystko, co moim zdaniem było interesujące.
Teraz już wiem, że należało zabrać aparat albo inny smartfon, ale wyszło, jak wyszło.
Jak zawsze, w artykule będę zarówno krytykować, jak i chwalić — subiektywnie i obiektywnie. Od razu jednak powiem, że moim zdaniem wyjazd się udał i z żoną byliśmy zadowoleni, bo dostarczył nam mnóstwa wrażeń.
A więc, jak już pisałem, jechaliśmy gdzieś po raz pierwszy, więc oczywiście trochę się denerwowaliśmy. Postanowiliśmy pojechać z Charkowa autobusem, tym bardziej że zupełnym przypadkiem dowiedzieliśmy się, że odjeżdża stosunkowo niedaleko od nas, więc nie musieliśmy nawet korzystać z taksówki.
Wszystkie rzeczy zmieściły się w dwóch wygodnych torbach, do tego doszedł pakunek z wiatrówkami (jak się okazało, słusznie je zabraliśmy), butelką wody, powerbankiem i drobiazgami. Torby trafiły do luku bagażowego, pakunek zabraliśmy do środka.
Tu czekało nas chyba największe rozczarowanie: siedzenia w autobusie zdecydowanie nie nadają się na tak długą podróż. W końcu zwinąłem swoją wiatrówkę i podłożyłem ją pod lędźwie.
A podróż rzeczywiście była długa: wyjazd o 21.00, przyjazd o 6.00. Pocieszała jedynie cena — zaledwie 600 UAH (około $22) za dwie osoby w jedną stronę. Bilety zarezerwowaliśmy i od razu opłaciliśmy online, od razu w obie strony. Postanowiliśmy dmuchać na zimne, bo w informacji podano, że trzeba je wydrukować (później okazało się, że nie jest to konieczne).
Postój po drodze, jeśli się nie mylę, w Dnieprze. Godzina 0.41.

O 5.40 byliśmy na miejscu, na głównym dworcu autobusowym w Kyryliwce. Pierwsze wrażenie, podobnie zresztą jak drugie, takie sobie... zwłaszcza gdy zobaczyliśmy pobliską toaletę „z literkami M i K”. Być może wrażenie popsuły niewygody w podróży i praktycznie nieprzespana noc, ale i tak wszystko wydawało się jakoś wyjątkowo skromne.
Autobus pojechał dalej, na Mierzeję Fedotową.

Niedaleko dworca autobusowego znajduje się niewielka latarnia z dwiema sympatycznymi figurkami. Całość jest całkiem urocza i ładna.
No i powietrze — po zakurzonym Charkowie jest tu zupełnie inne, przyjemnie się nim oddycha nawet daleko od morza, zwłaszcza wczesnym rankiem.

Ale najbardziej zdziwił nas niemal całkowity brak drzew. Zresztą nie tylko drzew — krzewy też spotyka się bardzo rzadko. Można odnieść wrażenie, że na środku pustkowia postawiono schludne domy, ogrodzono je płotkami, a o całej reszcie po prostu zapomniano. Dla nas, przyjezdnych z zielonego Charkowa, było to naprawdę nietypowe. Pamiętam, jak po jednej z recenzji kamery wideo pewna Chinka zapytała mnie: „Mieszkacie w lesie?”. Nie, po prostu w naszym mieście jest dużo zieleni.
Jest tu za to schludna, choć wąska ścieżka, po której prawej stronie posadzono młode drzewka. Zaczyna się tuż przy dworcu autobusowym i kończy obok sklepu spożywczego „Tranzyt” (całkiem niezły, ale drogi sklep).
W tym miejscu muszę wbić szpilę władzom osiedla typu miejskiego Kyryliwka. Jak to tak? Przecież to kurort, w ciągu roku przyjeżdża tu ponad milion turystów, a na zazielenianie i ogólne zagospodarowanie terenu przeznacza się grosze...
Zieleń jednak później znaleźliśmy, ale o tym za chwilę.

Dosłownie zaraz po wyjściu z autobusu zaczęto nam proponować miejsca noclegowe. Ponieważ jednak jechaliśmy tam po raz pierwszy, a poza tym nie lubimy „niespodzianek”, nocleg zarezerwowaliśmy jeszcze w Charkowie.
Baza noclegowa, a może hotel — trudno mi to określić — znajduje się dość blisko dworca autobusowego. Spokojnie doszliśmy tam pieszo, mimo że mieliśmy ze sobą torby, i skręciliśmy w jedną z bocznych uliczek.
W rzeczywistości ta ulica ma piękną nazwę Łazurna, czyli „Błękitna”, ale kiedy słyszę taką nazwę i widzę to, co pokazano niżej na zdjęciu, pojawia się u mnie pewien dysonans poznawczy...
I nie dotyczy to tylko tej ulicy, ale też wszystkich pozostałych. Niektórzy właściciele posesji próbują na własną rękę poprawić sytuację, robiąc choćby chodniczki przed swoimi domami, ale w skali całej miejscowości niewiele to zmienia.

Jesteśmy już prawie na miejscu — baza „Amira”. Wcześniej pisałem, że zarezerwowaliśmy właśnie tam pokój.
Przy wejściu znajduje się panel domofonowy bardzo dobrze mi znanej firmy Hikvision oraz klawiatura kodowa. Kod dostają wszyscy goście, żeby mogli wchodzić o dowolnej porze, co jest oczywiście bardzo wygodne. Ale płotek przydałoby się odmalować — przynajmniej nie kłóciłby się wtedy z pięknym kwiatowym ogródkiem w środku.

Chociaż nie, chyba lepiej oczyścić płotek i polakierować — wtedy będzie się świetnie komponował.
To i kilka innych zdjęć pochodzi ze strony hotelu oraz z innych ogólnodostępnych źródeł, bo nie fotografowaliśmy wszystkiego, a bez tych zdjęć obraz byłby niepełny.

Ośrodek składa się z dwóch budynków, w których łącznie jest 14 (albo 15 — do końca tego nie ustaliłem) pokoi. Nasz pokój znajdował się na drugim piętrze. Zdjęcie jest stare, teraz wygląda to znacznie ciekawiej: tarasy zarosły roślinami i zrobiło się przytulniej. Później pokażę, jak wygląda to obecnie.

Jeśli dobrze wszystko zrozumiałem, hotel należy do małżeństwa, Siergieja i Natalii. Początkowo rozmawiałem z Siergiejem. Wszystko jasno i uprzejmie wyjaśnił — zarówno w kwestii pokoi, jak i lokalizacji, odległości od dworca autobusowego, warunków pobytu itd. Od razu uprzedził, że do morza jest stosunkowo daleko, na co odpowiedziałem, że z żoną jesteśmy przyzwyczajeni do spacerów, więc wcale nas to nie przeraża.
Później rozmawiałem już z Natalią. To ona przywitała nas rano i zaprowadziła do pokoju, gdzie zostawiliśmy torby i pobieżnie obejrzeliśmy miejsce, w którym mieliśmy spędzić najbliższych kilka dni.
Po obejrzeniu pokoju zeszliśmy do jednej z altan, gdzie opłaciliśmy pobyt i zapytaliśmy o najważniejsze sprawy, na przykład drogę nad morze, sklepy, wodę itp. Od razu zapytano nas, ile będziemy mieć urządzeń mobilnych, i podano osobne hasło do Wi-Fi dla każdego z nich. Ostatecznie jednak na smartfonie korzystałem z internetu Kyivstar — tam po prostu śmiga.
A tak przy okazji, cała woda w ośrodku jest słodka i zasadniczo nawet zdatna do picia, ale, jak wyjaśniła nam Natalia, nadaje się raczej do gotowania. Do herbaty czy kawy lepiej używać innej. Przy okazji powiedziała, że można u nich kupić porządną wodę pitną po odwróconej osmozie, więc od razu tak zrobiliśmy.
Okazało się, że woda z kranu rzeczywiście trochę różni się od naszej wodociągowej. Po pierwsze, jest wyraźnie bardziej miękka, a po drugie — lekko słonawa. Makaron można było w niej ugotować, ale do kawy faktycznie by się nie nadawała.

Wrócę do pokoju i opiszę go osobno, bardziej szczegółowo, bo uważam, że to bardzo ważna część „wypoczynkowego” wyjazdu.
Już podczas rozmowy Siergiej powiedział, że dostaniemy pokój „w drewnie”, ale okazało się, że jest tu nie tylko samo drewno, lecz także jego zapach, który bardzo spodobał się nam obojgu. Ogólne wrażenie też było naprawdę pozytywne: pokój jest przestronny, wszystko czyste i zadbane, a opis w pełni się zgadza, a pod pewnymi względami rzeczywistość nawet go przewyższa.
Zaraz po wejściu trafiamy do kuchni połączonej z przedpokojem. Jest tu niewielki stolik dla czterech osób i drzwi do łazienki.
Okna są plastikowe, mają moskitiery (w pokoju przez cały pobyt nie było komarów), a drzwi można zamknąć na klucz. Okucia okienne przydałoby się trochę wyregulować, ale to drobiazgi.
Na ścianie widać dwa podwójne włączniki. Lewy włącza światło na tarasie i w kuchni, prawy — światło w łazience i wentylator.

Kuchnia jest w pełni wyposażona: zlew, płyta indukcyjna, czajnik elektryczny, mikrofalówka i duża lodówka. Jedyne, z czego nie korzystaliśmy, to mikrofalówka. Nasza działa zupełnie inaczej, a szczerze mówiąc, nie chciało mi się rozgryzać jej obsługi dla tych paru razy.

Był też pełny zestaw różnych naczyń: garnki, miski, łyżki, widelce itd. W praktyce przydał nam się tylko jeden garnek, nóż i kilka talerzy, ale i tak miło, że gospodarze pomyśleli o tym, co może się przydać podczas pobytu. Piątka z plusem.
Zabrakło tylko drobiazgu: małego ręcznika kuchennego i haczyka, a najlepiej relingu, na którym można by go powiesić. Reling byłby lepszy, bo ręcznik nie dotykałby wtedy ściany i nie zostawiał na niej śladów. Przewidzieliśmy to i zabraliśmy ręcznik z domu.

Każdy pokój to w zasadzie jednopokojowe mieszkanie, więc ma też sypialnię. Wynajęliśmy dla dwojga pokój czteroosobowy. Ekonomiczniej byłoby wziąć trzyosobowy, który różni się tylko liczbą miejsc do spania, ale był zajęty.
Tutaj również jest drewno — na ścianach, a nawet na suficie. Podobnie jak w kuchni, wygląda na to, że nie jest niczym pokryte, a przynajmniej na pewno nie lakierem, więc nie ma żadnego chemicznego zapachu.
Do dyspozycji mieliśmy dwuosobowe łóżko, jeśli dobrze pamiętam, lwowskiej firmy „Estella”, oraz całkiem nowoczesną kanapę. Były też cztery komplety: duże prześcieradło, poszewka i ręcznik, a w szafce nocnej leżały cztery poduszki, a nawet kołdry.
Nam wystarczyły jednak trzy ręczniki, dwa prześcieradła (jednym nakryliśmy łóżko, drugim się przykrywaliśmy) i dwie poszewki.
Ogólnie wszystko jest świetne, choć wieczorem zorientowaliśmy się, że zdecydowanie brakuje dodatkowego, niżej umieszczonego oświetlenia — choćby jednego kinkietu. Jasne światło z góry nie zawsze jest wygodne, ale to oczywiście subiektywna opinia.

Była też szafa z dużym lustrem i wieszakiem, a także pięć wieszaków na ubrania. To było dla nas trochę za mało, ale zabraliśmy z domu jeszcze trzy sztuki.
No i oczywiście duży telewizor. Nawet coś oglądałem, choć robię to baaardzo rzadko, za to żona oglądała więcej. Żałowałem, że nie wziąłem przejściówki, żeby podłączyć do niej tablet albo smartfon, a przecież taki pomysł mi przyszedł do głowy :)
Warto wspomnieć o dużej liczbie gniazdek — bez problemu wystarczyło ich zarówno na dwie ładowarki, jak i na golarkę oraz suszarkę, a jeszcze zostały wolne. Poza tym przyjemnie dobrano kolor pościeli i zasłon, dzięki czemu pokój wygląda jeszcze schludniej.

Jest klimatyzacja, oczywiście dość prosta, ale niczego więcej nie potrzeba. Nawet miejsce jej montażu dobrano całkiem optymalnie, choć osobiście umieściłbym ją między łóżkami, w okolicy wezgłowia. W każdym razie nie było zbyt gorąco, więc wyłączyliśmy ją i nie włączaliśmy już do wyjazdu.
Nawiasem mówiąc, nad ranem, przy otwartym oknie, było nawet chłodno i bez klimatyzacji.
Przejście do pokoju można zamknąć drzwiami, co również jest dużym plusem — nie będzie przeszkadzał hałas lodówki. Widziałem kiedyś wideorecenzję droższego pokoju w innym hotelu, gdzie kuchnia znajdowała się właściwie w sypialni, co oczywiście byłoby irytujące, a sam pokój kosztował więcej.
Drzwi zamykają się z oporem, widać, że napęczniały od wilgoci — do tego stopnia, że nie pomogło nawet wpuszczenie zawiasów „motylkowych” w drewno, choć być może nieco zwęził się też sam otwór drzwiowy. Nie przeszkadzało to jednak wcale, to raczej tylko spostrzeżenie. W każdym razie drzwi to plus.

Łazienka również przypadła mi do gustu: na podłodze płytki, na suficie drewno, bardzo czysto i schludnie, nowoczesna umywalka i toaleta. Przy zameldowaniu dostaliśmy rolkę papieru toaletowego, dziecięce mydło w mydelniczce i kilka worków na śmieci (dodatkowe worki były też w kuchni). Pod umywalką znalazła się ponadto niewielka miska, gdyby ktoś chciał coś przeprać.
Tutaj również dałbym pięć punktów, ale mam parę sugestii. Na przykład przydałaby się poręcz pod prysznicem, a także wyższy próg, bo choć staraliśmy się korzystać ostrożnie, czasami trochę wody przedostawało się poza niego.
Poza tym krany są nieco mylące: w kuchni i pod prysznicem ciepła woda jest po lewej stronie, a przy umywalce po prawej. Po dniu się przyzwyczailiśmy. Bateria prysznicowa ma dwa pokrętła i jest bardzo „czuła” — dosłownie niewielka zmiana wyraźnie wpływa na temperaturę wody.
Tak, woda jest tutaj naprawdę gorąca — przez duże G — i leci gorąca niemal od razu po odkręceniu, a nie tak jak u nas w domu, gdzie czasem trzeba czekać pół godziny, aż „spłynie”. Szacun, to świetna sprawa!
Lampę doradziłbym jednak właścicielom wymienić, bo zamontowany model nie spełnia norm bezpieczeństwa dla pomieszczeń mokrych.

No i oczywiście taras — relaks w czystej postaci. Właśnie na niego wychodziłem zapalić. Jest wygodnie, powietrze czyste i świeże, krzesełka wygodne, widok na basen, a do tego suszarka, na której można powiesić ubrania i ręczniki. Tak, suszarka jest ważna, bo w przeciwieństwie do Charkowa ubrania schną tutaj wyraźnie dłużej, więc będziecie z niej korzystać bez przerwy. Myślę, że w pokoju czteroosobowym druga też by się przydała. Problem dotyczył zwłaszcza ręczników, które po prostu nie zdążały wyschnąć.
W domu mamy sześciometrową loggię, nawiasem mówiąc również wyłożoną drewnem, tyle że mocowanym na klamry, a nie gwoździe, ale nie ma ona porównania z takim tarasem. Taras jest wspólny dla dwóch pokoi, ale jest dość długi, więc nie sądzę, żeby komuś to przeszkadzało.
Przy zameldowaniu powiedziano nam, że pokój jest oddawany czysty i nie jest sprzątany aż do wymeldowania. W pełni nam to odpowiadało, ale okazało się, że taras jest zamiatany co najmniej raz dziennie, więc o porządek dba się na bieżąco.

Właściwie wszystko, co napisałem powyżej, to raczej życzenia i w większości subiektywna opinia, a w żadnym razie krytyka. Mimo to już po pierwszej nocy wyszło na jaw coś, co nieco popsuło ogólnie bardzo pozytywne wrażenie.
Łóżko jest dobre, materac dość prosty, czego można się było spodziewać, bo różnie bywa, a w razie „awarii” wymiana drogiego materaca byłaby znacznie większym wydatkiem. Po prostu my, przyzwyczajeni do materaca ze sprężynami kieszeniowymi, od razu to zauważyliśmy.
Okazało się jednak, że łóżko trochę skrzypi, przy czym wyraźnie skrzypiał nie sam stelaż, lecz blok listew. Znałem tę przypadłość, więc postanowiłem po prostu lekko dokręcić wkręty mocujące ramę z listwami.
I aż mnie zamurowało, gdy zobaczyłem w środku bardzo nietypowe rozwiązanie techniczne: ramy w ogóle nie ma, a same listwy leżą na bocznych listwach podporowych. Nic dziwnego, że łóżko „popiskiwało” — nie mogło być inaczej, bo prawidłowo listwy powinny być osadzone w specjalnych gumowych uchwytach.
Nie wiem, jak jest w innych ośrodkach wypoczynkowych, ale tutaj stolarze wyraźnie zaoszczędzili. Na moim kanale jest film, na którym pokazywałem gotowy remont, który robiliśmy z kolegą, wraz z opisem całego procesu. Jest tam też opis właśnie takiego łóżka, pokazywałem również blok listew — link do filmu. Polecam obejrzeć tym, którzy go nie widzieli — sporo przydatnych informacji.

Pokój i hotel to oczywiście bardzo ważna sprawa, ale przecież przyjechaliśmy nad morze, więc teraz będzie o nim.
Zacznę od opisu drogi. Zrobiłem zrzut ekranu mapy i zaznaczyłem na nim trasy, którymi chodziliśmy.
1. Na czerwono — droga z dworca autobusowego do hotelu. Jak widać, jest naprawdę krótka.
2. Zielonym zaznaczyłem trasę, którą chodziliśmy nad morze od samego początku. Jest trochę dłuższa, ale miejsce do opalania i kąpieli jest po prostu świetne.
3. Żółtym — alternatywny wariant, nieco krótszy, a część drogi prowadzi w cieniu przez park. Odkryliśmy go później.
4. Niebieskim — najczęściej wybierana trasa nad morze. Jest trochę bliżej, ale ludzi jest wyraźnie więcej. To właśnie wyjście, przy którym znajduje się kamera internetowa.
Żeby wygodnie korzystać z plaży, musiałem mocno zmienić swój rozkład dnia. Zwykle kładłem się spać o 4 rano i wstawałem o 9:30, a tutaj wstawaliśmy o 6 rano, wypijaliśmy po filiżance kawy z czymś do niej, szykowaliśmy się i około 7 byliśmy już na plaży.
Opalaliśmy się i kąpaliśmy do 11, potem szliśmy do pokoju, myliśmy się, jedliśmy obiad i odpoczywaliśmy do 15. Potem znów filiżanka kawy i około 16 wracaliśmy na plażę, gdzie opalaliśmy się do 18. Po plaży wracaliśmy do pokoju, zostawialiśmy rzeczy, przebieraliśmy się i szliśmy na spacer.
Oczywiście chcieliśmy pospacerować dłużej, ale przeszkadzały nam komary. Nie, to nawet nie były komary, tylko jakieś psy, które rzucały się na wszystko, co żyje... Dlatego około 21 wracaliśmy do pokoju, jedliśmy coś lekkiego, myliśmy się i szliśmy spać.

Kilka zdjęć z drogi na plażę.
Postanowiłem zacząć od tego zdjęcia nie tylko dlatego, że zostało zrobione tuż obok hotelu, ale też po to, by właściciele samochodów mieli się na baczności — czasem może się zdarzyć, że wasze auto będzie nocować na ulicy. Na samym początku rozmowy Siergiej powiedział mi, że mają parking na terenie obiektu, ale ponieważ na razie nie mamy samochodu, nie było to dla nas istotne.

Po drodze natkniecie się na wiele pięknych kwiatów. Właściciele domów starają się ozdabiać przyległy teren.

A dalej wszystko jest proste.
Dochodzimy do płotku, na którym wyraźnie napisano, że jeśli nad morze, to tędy :)
Dalej jest ścieżka, na której trudno się zgubić, bo jest porządnie wydeptana.
Ścieżka prowadzi przez park sanatorium „Kirillovka”, gdzie rośnie wiele różnych pięknych drzew. To zresztą świetne miejsce do odpoczynku.
Wychodzimy na asfaltową aleję i idziemy aż do samego końca.

Tutaj skręciliśmy w lewo, ale jeśli skręcicie w prawo, szybciej dotrzecie na plażę. Jest tam sporo różnych punktów gastronomicznych i innych atrakcji. Przy samym rozwidleniu można kupić gotowaną kukurydzę. Jeśli ją lubicie, lepiej kupić ją tutaj — na plaży kosztuje dwa razy więcej.

Po lewej jest stołówka. Ludzie wychodzili chyba zadowoleni, więc na wszelki wypadek sfotografowałem ofertę i ceny. Ceny podano w UAH, kurs wynosi około 27,5.

Po drodze są już miejsca, z których widać morze, ale idziemy kawałek dalej, skręcamy w prawo, dochodzimy do schodów i schodzimy na dół.
Przy schodach stoją kosze na śmieci, postarajcie się nie zostawiać śmieci na plaży.

Dalej można pójść zarówno w lewo, jak i w prawo — w zasadzie nie robi to większej różnicy. Odpoczywaliśmy po prawej stronie plaży.
Plaża jest tu usłana drobnymi muszelkami. Chodzenie boso nie jest zbyt wygodne, ale za to podłoże nie nagrzewa się tak jak piasek.

Hurra, wreszcie dorwałem się do morza :)
Dno jest dobre, nachylenie umiarkowane, nie ma nagłych zmian głębokości i nie trzeba iść 50 m, żeby dotrzeć do głębszej wody. Krótko mówiąc, 5 punktów.

Z tyłu plaży jest urwisko, a w jednej jego części ptaki postanowiły urządzić sobie blok mieszkalny, dlatego lepiej się tam nie opalać. My na początku opalaliśmy się właśnie w pobliżu tego miejsca — prawie nam się upiekło :)

Atrakcje są raczej standardowe: można polatać na spadochronie, oczywiście jest też „klasyka” — banan/smok, koło do holowania, zjeżdżalnie i kule.

Jest też pływająca wyspa rozrywki, prosto na morzu.
Ogromny szacunek dla osoby, która ustawiła ławki na skraju urwiska. To naprawdę jedno z najlepszych miejsc do odpoczynku: piękne widoki, od morza wieje przyjemny wiatr, a fale szumią.

Można też popływać małą motorówką. Widzieliśmy ją od czasu do czasu; chyba odpływa z początku Mierzei Fiedotowej.

Ogólnie oferta rozrywkowa jest raczej kiepska, dlatego niektórzy przywożą ze sobą własne atrakcje. Wspomnę też o bardzo sympatycznym naganiaczu na „banana” — naprawdę poprawiał humor wszystkim na plaży.

Bardzo podobało mi się, jak słońce gra światłem wczesnym rankiem.

Kilka razy wieczorem wychodziliśmy na spacer po plaży, gdzie po drodze żerują mewy. Chodzilibyśmy więcej, gdyby nie wszechobecne komary :(

Oczywiście zastanawialiśmy się, czy są tam meduzy i pchły morskie. Pcheł nie było, za to trafiały się „morskie karaluchy”, ale nie są groźne i nam nie przeszkadzały.
Meduzy natomiast były — i to nie niegroźne Aurelie, lecz całkiem „parzące” korneroty. Przez pierwsze dwa dni było ich bardzo mało i mogliśmy swobodnie się kąpać, tylko od czasu do czasu rozglądając się na boki. Trzeciego dnia zrobiło się ich już stosunkowo dużo, co oczywiście trochę nas niepokoiło.
Potem przeszła niewielka burza i prawie wszystkie meduzy odpłynęły gdzieś w morze, zostawiając tylko kilka martwych towarzyszek, więc kąpiel znów była przyjemna. Tutaj wszystko zależy od szczęścia.

Jeśli chodzi o wystrój, każdy wymyśla, co może. Na przykład baza „Bagira” przypomina stary zamek, choć moim zdaniem jest to trochę zbyt pompatyczne.

Albo taki domek — już lepiej, ale i tak „nie dla każdego”.

Bardziej podobały nam się jednak bazy w stylu loftowym, o bardziej stonowanym wyglądzie. Zresztą drewno zawsze prezentuje się pięknie.

Trafiają się też dość dziwne miejsca. Na przykład przy zakręcie w stronę morza zobaczyliśmy bazę z ładnymi domkami, ale zdziwiło nas, że nie ma tam ludzi, a płot wygląda naprawdę kiepsko.

Kiedy jednak spojrzeliśmy z drugiej strony, okazało się, że baza jest całkowicie opuszczona, a drzwi zabite deskami. Trafiają się też bazy porzucone na etapie budowy.

Drugiego dnia pobytu poszliśmy na spacer, a przy okazji poszukać sklepu spożywczego — i w końcu go znaleźliśmy. Wspominałem już o sklepie „Tranzyt”: całkiem nowoczesny, ale z „kurortowymi” cenami, choć ma większy wybór niż małe sklepiki przy ulicy.
Za to w końcu dotarliśmy nad liman. Tak, jest tu całkiem ładnie, choć jednocześnie czuć pewne zaniedbanie.

Po drugiej stronie od nas znajdował się aquapark, jak się okazało, jeden z największych w Europie. Trzeba jednak od razu przygotować się na ceny biletów przekraczające 500 UAH. Dla porównania, w całorocznym aquaparku Dżungla w Charkowie bilet kosztuje od 220 UAH.
Może jednak i tutaj kiedyś zajrzymy.

Spacerowaliśmy, spacerowaliśmy i w końcu, kierując się nawigacją, wróciliśmy do hotelu, w którym mieszkaliśmy. Na zdjęciu widać nowoczesną część budynku, w której właśnie mieszkaliśmy.
Na zdjęciu widać wiatrak. Chyba jedyny w Kyryliwce, więc służył za dobry punkt orientacyjny.

Przywykliśmy do cichego i spokojnego trybu życia, do spacerów po polach, z dala od miejskiego zgiełku, ale mimo to chcieliśmy zobaczyć, czym żyje Kyryliwka i co ciekawego można tam znaleźć.
Trzeciego dnia pobytu wyszliśmy na spacer na Bulwar Nadmorski, gdzie zwykle koncentruje się życie przyjezdnych.
Tutaj jest oczywiście ciekawiej na swój sposób: szeroki chodnik, piękne kwiaty i drzewa.

Dość szybko dotarliśmy na centralny plac, ozdobiony niewielką fontanną i instalacją „Kocham Kyryliwkę”.

Jest tu też kompozycja „Trzy delfiny” z ławeczką, do której ustawiła się cała kolejka chętnych do zdjęcia.
I to właściwie wszystkie atrakcje centralnego placu. A tak przy okazji: jeśli ktoś chce spokojnie zrobić sobie zdjęcie, polecam przyjść w dzień — zwykle jest wtedy pusto.

Przy fontannie można też zrobić sobie zdjęcie z parą pięknych gołębi. Szczerze mówiąc, trochę nas zdziwiło, że w Kyryliwce nie ma tych ptaków. U nas w Charkowie latają dosłownie całymi wielkimi stadami.

Znajduje się tu również administracja miasta i najwyraźniej postanowiono nieco upiększyć jej otoczenie, na przykład sympatycznymi drogowskazami.

Dalej ciągnie się cała ulica rozrywek. Sama w sobie wygląda oczywiście skromniej, ale skupia się tu praktycznie wszystko.
Na przykład znajduje się tu „ZOO do głaskania”. Można zrobić sobie zdjęcie z boa dusicielem, orłami, pawiami, a nawet dinozaurami i fantastycznymi postaciami.
Można tu też wykupić wycieczki, ale o ile mi wiadomo, nie są szczególnie interesujące. Na wszelki wypadek sfotografowałem kierunki i ceny.

A potem ogarnęło mnie lekkie déjà vu. Kto był kiedyś na bazarze Barabaszowa, ten zrozumie.
Wieczorem ludzi jest jak mrówek: wszyscy gdzieś idą, coś jedzą, robią sobie zdjęcia, kupują pamiątki, wożą dzieci zabawkową kolejką.

Oczywiście dużo miejsca zajmują stoiska z rybami i owocami morza. Chcieliśmy coś kupić, ale postanowiliśmy nie ryzykować, przynajmniej za pierwszym razem :)

Jest tu też mnóstwo rozmaitych kawiarni, a także punktów, w których na ulicy przyrządza się różne rodzaje szaszłyków. Dym, jak to mówią, „stoi jak ściana”. Sprzedają też piwo, wino, cydr i inne napoje.
Właściwie pewnie spróbowalibyśmy lokalnego wina, ale przypadkiem dowiedzieliśmy się o nim dopiero przy wyjeździe, gdy właścicielka hotelu nam je zaoferowała. Było już jednak za późno.

Jeśli pójdziecie kawałek dalej, traficie do jednego z głównych miejsc rozrywki — lunaparku.
Weszliśmy tam tylko po to, żeby się rozejrzeć, bo jest jednak nastawiony na dzieci.
Atrakcje są liczne, ale pewnie widzieliście je już w innych miastach, więc nie ma sensu ich opisywać.
Ceny są takie, że jeśli chcecie pojeździć z dzieckiem bez większego oszczędzania, wydacie około 1000–1500 UAH, nie licząc różnych „smakołyków”, o które oczywiście poprosi was ono kupić.
Ogólnie typowa maszynka do wyciągania pieniędzy od ludzi, ale z dzieckiem zdecydowanie warto tam zajrzeć.

Wieczorem część centrum jest zamykana dla samochodów, ale i tak się tam przedostają. Można spotkać sporo kabrioletów — od przerobionej „Wołgi” po całkiem nowoczesne auta zagranicznych marek.

Pewnie pospacerowalibyśmy jeszcze dłużej, ale naprawdę mieliśmy już dość hałasu, tłumów i dymu, więc ruszyliśmy z powrotem. Po drodze trafiliśmy na sklepik w rodzaju charkowskich ATB albo Posad. No i oczywiście komary — naprawdę atakowały całymi chmarami.
Okazało się, że wieczorem świeci latarnia morska przy dworcu autobusowym, a na słupach podświetlone są też figurki delfinów. Ładnie, ale spieszyliśmy już do pokoju, ratując zrobione zdjęcia przed chmarą komarów, przed którymi nie chronił nawet specjalny spray.

Staraliśmy się dobrze zaplanować wyjazd, ale ostatniego dnia pojawił się mały problem. Pokój musieliśmy zwolnić o 11, autobus odjeżdżał o 19, a początkowo planowaliśmy po prostu pospacerować po Kyryliwce.
Jak się jednak okazało, w Kyryliwce nie ma dla nas zbyt wielu ciekawych miejsc, więc poprosiliśmy właścicielkę o przedłużenie wynajmu pokoju do mniej więcej 18 za dodatkową opłatą. Niestety czekali już nowi goście i nie dało się przedłużyć pobytu. Zaproponowała za to, że zostawimy bagaże w osobnym pomieszczeniu, a nawet skorzystamy z lodówki, do której mogliśmy włożyć nasze jedzenie. Za to należą się jej osobne podziękowania.
W końcu pomyśleliśmy i poszliśmy pospacerować po parku sanatorium Kyryliwka. Mogę powiedzieć, że okazało się to nawet lepsze niż czekanie na wyjazd w pokoju, więc chyba dobrze, że nie udało się przedłużyć wynajmu.
Sanatorium ma około 100 lat. Na jego terenie jest bardzo dużo różnych alejek, po których spacerowaliśmy przez większość czasu, czasem wychodząc usiąść niedaleko morza.

Większość alejek jest asfaltowa, ale są też takie wyłożone różnymi rodzajami płytek. Po prawej widać zresztą ścieżkę od plaży, którą odkryliśmy pod koniec wyjazdu.

Prowadzi ona do stołówki sanatorium. Dalej można skręcić w lewo i wyjść na główną aleję.
Nie fotografowaliśmy budynków sanatorium, niestety. To zwykłe stare budynki; sądząc po wyglądzie, wymieniono w nich najwyżej okna na plastikowe. Poza tym typowy ZSRR z lat 70. i 80.

Park słynie jednak z dużej liczby egzotycznych roślin i drzew. Nie widzieliśmy wszystkiego, ale to, co wpadło nam w oko, w zupełności wystarczyło, żeby odpocząć. Poza tym powietrze jest tam bardzo czyste, co jeszcze bardziej spotęgowało efekt spaceru.


Niezwykłe drzewo o dziwnych owocach. Na pamiątkę zabraliśmy sobie jedną niewielką gałązkę.


W przeciwieństwie do pozostałej części Kyryliwki tutaj przycinają nie tylko trawniki, ale też formują krzewy, tworząc różne kompozycje.

Około 18 wróciliśmy po rzeczy, przebraliśmy się i powoli ruszyliśmy na dworzec autobusowy.

Już po przyjeździe chcieliśmy sprawdzić, jakie autobusy odjeżdżają z tego dworca, ale było jeszcze wcześnie i był zamknięty. Wieczorem na wszelki wypadek zrobiłem zdjęcie rozkładu autobusów i marszrutek — może komuś się przyda.

I to już wszystko. O 19.30 autobus zawiózł nas z powrotem do Charkowa. Przyjechaliśmy o 5.10 rano, wezwaliśmy taksówkę i około wpół do szóstej byliśmy już w domu.

Do domu przywieźliśmy mnóstwo wrażeń, garść muszelek i oczywiście małą pamiątkę — ślimaka :)

Wielu pewnie zainteresuje, ile to wszystko kosztowało.
1. Noclegi przez 5 dób — 5000 UAH
2. Autobus — 1200 UAH za dwie osoby w obie strony
3. Jedzenie — część zabraliśmy ze sobą, część kupowaliśmy na miejscu. To, co kupiliśmy, kosztowało, powiedzmy, 500 UAH.
Razem około 7000 UAH.
Sporo wydaliśmy na przygotowania, bo trzeba było kupić torby, środki chroniące przed słońcem i komarami itd.
Po przyjeździe zrozumieliśmy, że nie ma większego sensu zabierać ze sobą jedzenia, chyba że kawałek dobrej kiełbasy i sera, czyli coś, co niewiele waży, a na miejscu jest drogie.
A teraz tradycyjnie — wnioski.
Jak już pisałem, z żoną nigdy wcześniej nigdzie nie byliśmy, więc trudno nam porównywać to miejsce z innymi. Ogólne wrażenia są jednak zdecydowanie pozytywne, za co warto podziękować:
Morzu Azowskiemu i jego wspaniałemu powietrzu.
Natalii i Siergiejowi oraz ich hotelowi „Amira”.
Firmie Kółczak za to, że nie tylko zawiozła nas nad morze, ale też bezpiecznie odwiozła z powrotem.
Meduzom i komarom, które trzymały nas „w formie” :)
Niestety, subiektywnie rzecz biorąc, widok okolicy miejscami przygnębia. Można by tu stworzyć świetny kurort, urządzić tereny parkowe, posadzić drzewa, zagospodarować plaże (na przykład dodając przebieralnie i toalety) i sprzątać martwe meduzy. Ale nic z tego nie ma — po przyjeździe zobaczycie typową zabudowę prywatną.
Owszem, właściciele ośrodków wypoczynkowych starają się, by u nich wszystko było jak najładniejsze i najwygodniejsze. Jest aquapark i delfinarium, ale wystarczy wyjść za bramę, by znaleźć się w miejscu niemal całkowicie pozbawionym lokalnej infrastruktury i dróg. Myślę, że władze Kyryliwki powinny się nad tym zastanowić, ale coś mi mówi, że za 10 lat niewiele się zmieni. Większą szansę na poprawę daje chyba wspólna inicjatywa samych właścicieli posesji.
Czy pojechalibyśmy następnym razem nad Morze Azowskie? Raczej nie, ale nie dlatego, że jest tam źle — po prostu chcielibyśmy odwiedzić jeszcze jakieś inne miejsce.
Gdybyśmy jednak pojechali, czy zatrzymalibyśmy się ponownie w „Amirze”? Jestem prawie pewien, że tak. Hotel naprawdę świetnie nadaje się na spokojny rodzinny wypoczynek — zarówno z dziećmi, jak i we dwoje, tak jak my. Polecam.
To już wszystko. Mam nadzieję, że moja relacja z wyjazdu przyda się tym, którzy dopiero wybierają się na urlop.
Wszystko przebiegło mniej więcej bez problemów, dlatego postanowiłem napisać krótką relację zarówno z samej podróży, jak i z miejsca, w którym mieszkaliśmy, oraz opisać Kyryliwkę z perspektywy osoby, której spojrzenie nie jest jeszcze „zamglone”.
Z góry przepraszam za jakość zdjęć. Początkowo nie planowałem pisać relacji, zdjęcia robiłem po prostu na pamiątkę dla siebie, smartfonem. Ale w trakcie spacerów wpadłem na pomysł, żeby przygotować coś w rodzaju fotorelacji z recenzją, więc fotografowałem wszystko, co moim zdaniem było interesujące.
Teraz już wiem, że należało zabrać aparat albo inny smartfon, ale wyszło, jak wyszło.
Jak zawsze, w artykule będę zarówno krytykować, jak i chwalić — subiektywnie i obiektywnie. Od razu jednak powiem, że moim zdaniem wyjazd się udał i z żoną byliśmy zadowoleni, bo dostarczył nam mnóstwa wrażeń.
A więc, jak już pisałem, jechaliśmy gdzieś po raz pierwszy, więc oczywiście trochę się denerwowaliśmy. Postanowiliśmy pojechać z Charkowa autobusem, tym bardziej że zupełnym przypadkiem dowiedzieliśmy się, że odjeżdża stosunkowo niedaleko od nas, więc nie musieliśmy nawet korzystać z taksówki.
Wszystkie rzeczy zmieściły się w dwóch wygodnych torbach, do tego doszedł pakunek z wiatrówkami (jak się okazało, słusznie je zabraliśmy), butelką wody, powerbankiem i drobiazgami. Torby trafiły do luku bagażowego, pakunek zabraliśmy do środka.
Tu czekało nas chyba największe rozczarowanie: siedzenia w autobusie zdecydowanie nie nadają się na tak długą podróż. W końcu zwinąłem swoją wiatrówkę i podłożyłem ją pod lędźwie.
A podróż rzeczywiście była długa: wyjazd o 21.00, przyjazd o 6.00. Pocieszała jedynie cena — zaledwie 600 UAH (około $22) za dwie osoby w jedną stronę. Bilety zarezerwowaliśmy i od razu opłaciliśmy online, od razu w obie strony. Postanowiliśmy dmuchać na zimne, bo w informacji podano, że trzeba je wydrukować (później okazało się, że nie jest to konieczne).
Postój po drodze, jeśli się nie mylę, w Dnieprze. Godzina 0.41.

O 5.40 byliśmy na miejscu, na głównym dworcu autobusowym w Kyryliwce. Pierwsze wrażenie, podobnie zresztą jak drugie, takie sobie... zwłaszcza gdy zobaczyliśmy pobliską toaletę „z literkami M i K”. Być może wrażenie popsuły niewygody w podróży i praktycznie nieprzespana noc, ale i tak wszystko wydawało się jakoś wyjątkowo skromne.
Autobus pojechał dalej, na Mierzeję Fedotową.

Niedaleko dworca autobusowego znajduje się niewielka latarnia z dwiema sympatycznymi figurkami. Całość jest całkiem urocza i ładna.
No i powietrze — po zakurzonym Charkowie jest tu zupełnie inne, przyjemnie się nim oddycha nawet daleko od morza, zwłaszcza wczesnym rankiem.

Ale najbardziej zdziwił nas niemal całkowity brak drzew. Zresztą nie tylko drzew — krzewy też spotyka się bardzo rzadko. Można odnieść wrażenie, że na środku pustkowia postawiono schludne domy, ogrodzono je płotkami, a o całej reszcie po prostu zapomniano. Dla nas, przyjezdnych z zielonego Charkowa, było to naprawdę nietypowe. Pamiętam, jak po jednej z recenzji kamery wideo pewna Chinka zapytała mnie: „Mieszkacie w lesie?”. Nie, po prostu w naszym mieście jest dużo zieleni.
Jest tu za to schludna, choć wąska ścieżka, po której prawej stronie posadzono młode drzewka. Zaczyna się tuż przy dworcu autobusowym i kończy obok sklepu spożywczego „Tranzyt” (całkiem niezły, ale drogi sklep).
W tym miejscu muszę wbić szpilę władzom osiedla typu miejskiego Kyryliwka. Jak to tak? Przecież to kurort, w ciągu roku przyjeżdża tu ponad milion turystów, a na zazielenianie i ogólne zagospodarowanie terenu przeznacza się grosze...
Zieleń jednak później znaleźliśmy, ale o tym za chwilę.

Dosłownie zaraz po wyjściu z autobusu zaczęto nam proponować miejsca noclegowe. Ponieważ jednak jechaliśmy tam po raz pierwszy, a poza tym nie lubimy „niespodzianek”, nocleg zarezerwowaliśmy jeszcze w Charkowie.
Baza noclegowa, a może hotel — trudno mi to określić — znajduje się dość blisko dworca autobusowego. Spokojnie doszliśmy tam pieszo, mimo że mieliśmy ze sobą torby, i skręciliśmy w jedną z bocznych uliczek.
W rzeczywistości ta ulica ma piękną nazwę Łazurna, czyli „Błękitna”, ale kiedy słyszę taką nazwę i widzę to, co pokazano niżej na zdjęciu, pojawia się u mnie pewien dysonans poznawczy...
I nie dotyczy to tylko tej ulicy, ale też wszystkich pozostałych. Niektórzy właściciele posesji próbują na własną rękę poprawić sytuację, robiąc choćby chodniczki przed swoimi domami, ale w skali całej miejscowości niewiele to zmienia.

Jesteśmy już prawie na miejscu — baza „Amira”. Wcześniej pisałem, że zarezerwowaliśmy właśnie tam pokój.
Przy wejściu znajduje się panel domofonowy bardzo dobrze mi znanej firmy Hikvision oraz klawiatura kodowa. Kod dostają wszyscy goście, żeby mogli wchodzić o dowolnej porze, co jest oczywiście bardzo wygodne. Ale płotek przydałoby się odmalować — przynajmniej nie kłóciłby się wtedy z pięknym kwiatowym ogródkiem w środku.

Chociaż nie, chyba lepiej oczyścić płotek i polakierować — wtedy będzie się świetnie komponował.
To i kilka innych zdjęć pochodzi ze strony hotelu oraz z innych ogólnodostępnych źródeł, bo nie fotografowaliśmy wszystkiego, a bez tych zdjęć obraz byłby niepełny.

Ośrodek składa się z dwóch budynków, w których łącznie jest 14 (albo 15 — do końca tego nie ustaliłem) pokoi. Nasz pokój znajdował się na drugim piętrze. Zdjęcie jest stare, teraz wygląda to znacznie ciekawiej: tarasy zarosły roślinami i zrobiło się przytulniej. Później pokażę, jak wygląda to obecnie.

Jeśli dobrze wszystko zrozumiałem, hotel należy do małżeństwa, Siergieja i Natalii. Początkowo rozmawiałem z Siergiejem. Wszystko jasno i uprzejmie wyjaśnił — zarówno w kwestii pokoi, jak i lokalizacji, odległości od dworca autobusowego, warunków pobytu itd. Od razu uprzedził, że do morza jest stosunkowo daleko, na co odpowiedziałem, że z żoną jesteśmy przyzwyczajeni do spacerów, więc wcale nas to nie przeraża.
Później rozmawiałem już z Natalią. To ona przywitała nas rano i zaprowadziła do pokoju, gdzie zostawiliśmy torby i pobieżnie obejrzeliśmy miejsce, w którym mieliśmy spędzić najbliższych kilka dni.
Po obejrzeniu pokoju zeszliśmy do jednej z altan, gdzie opłaciliśmy pobyt i zapytaliśmy o najważniejsze sprawy, na przykład drogę nad morze, sklepy, wodę itp. Od razu zapytano nas, ile będziemy mieć urządzeń mobilnych, i podano osobne hasło do Wi-Fi dla każdego z nich. Ostatecznie jednak na smartfonie korzystałem z internetu Kyivstar — tam po prostu śmiga.
A tak przy okazji, cała woda w ośrodku jest słodka i zasadniczo nawet zdatna do picia, ale, jak wyjaśniła nam Natalia, nadaje się raczej do gotowania. Do herbaty czy kawy lepiej używać innej. Przy okazji powiedziała, że można u nich kupić porządną wodę pitną po odwróconej osmozie, więc od razu tak zrobiliśmy.
Okazało się, że woda z kranu rzeczywiście trochę różni się od naszej wodociągowej. Po pierwsze, jest wyraźnie bardziej miękka, a po drugie — lekko słonawa. Makaron można było w niej ugotować, ale do kawy faktycznie by się nie nadawała.

Wrócę do pokoju i opiszę go osobno, bardziej szczegółowo, bo uważam, że to bardzo ważna część „wypoczynkowego” wyjazdu.
Już podczas rozmowy Siergiej powiedział, że dostaniemy pokój „w drewnie”, ale okazało się, że jest tu nie tylko samo drewno, lecz także jego zapach, który bardzo spodobał się nam obojgu. Ogólne wrażenie też było naprawdę pozytywne: pokój jest przestronny, wszystko czyste i zadbane, a opis w pełni się zgadza, a pod pewnymi względami rzeczywistość nawet go przewyższa.
Zaraz po wejściu trafiamy do kuchni połączonej z przedpokojem. Jest tu niewielki stolik dla czterech osób i drzwi do łazienki.
Okna są plastikowe, mają moskitiery (w pokoju przez cały pobyt nie było komarów), a drzwi można zamknąć na klucz. Okucia okienne przydałoby się trochę wyregulować, ale to drobiazgi.
Na ścianie widać dwa podwójne włączniki. Lewy włącza światło na tarasie i w kuchni, prawy — światło w łazience i wentylator.

Kuchnia jest w pełni wyposażona: zlew, płyta indukcyjna, czajnik elektryczny, mikrofalówka i duża lodówka. Jedyne, z czego nie korzystaliśmy, to mikrofalówka. Nasza działa zupełnie inaczej, a szczerze mówiąc, nie chciało mi się rozgryzać jej obsługi dla tych paru razy.

Był też pełny zestaw różnych naczyń: garnki, miski, łyżki, widelce itd. W praktyce przydał nam się tylko jeden garnek, nóż i kilka talerzy, ale i tak miło, że gospodarze pomyśleli o tym, co może się przydać podczas pobytu. Piątka z plusem.
Zabrakło tylko drobiazgu: małego ręcznika kuchennego i haczyka, a najlepiej relingu, na którym można by go powiesić. Reling byłby lepszy, bo ręcznik nie dotykałby wtedy ściany i nie zostawiał na niej śladów. Przewidzieliśmy to i zabraliśmy ręcznik z domu.

Każdy pokój to w zasadzie jednopokojowe mieszkanie, więc ma też sypialnię. Wynajęliśmy dla dwojga pokój czteroosobowy. Ekonomiczniej byłoby wziąć trzyosobowy, który różni się tylko liczbą miejsc do spania, ale był zajęty.
Tutaj również jest drewno — na ścianach, a nawet na suficie. Podobnie jak w kuchni, wygląda na to, że nie jest niczym pokryte, a przynajmniej na pewno nie lakierem, więc nie ma żadnego chemicznego zapachu.
Do dyspozycji mieliśmy dwuosobowe łóżko, jeśli dobrze pamiętam, lwowskiej firmy „Estella”, oraz całkiem nowoczesną kanapę. Były też cztery komplety: duże prześcieradło, poszewka i ręcznik, a w szafce nocnej leżały cztery poduszki, a nawet kołdry.
Nam wystarczyły jednak trzy ręczniki, dwa prześcieradła (jednym nakryliśmy łóżko, drugim się przykrywaliśmy) i dwie poszewki.
Ogólnie wszystko jest świetne, choć wieczorem zorientowaliśmy się, że zdecydowanie brakuje dodatkowego, niżej umieszczonego oświetlenia — choćby jednego kinkietu. Jasne światło z góry nie zawsze jest wygodne, ale to oczywiście subiektywna opinia.

Była też szafa z dużym lustrem i wieszakiem, a także pięć wieszaków na ubrania. To było dla nas trochę za mało, ale zabraliśmy z domu jeszcze trzy sztuki.
No i oczywiście duży telewizor. Nawet coś oglądałem, choć robię to baaardzo rzadko, za to żona oglądała więcej. Żałowałem, że nie wziąłem przejściówki, żeby podłączyć do niej tablet albo smartfon, a przecież taki pomysł mi przyszedł do głowy :)
Warto wspomnieć o dużej liczbie gniazdek — bez problemu wystarczyło ich zarówno na dwie ładowarki, jak i na golarkę oraz suszarkę, a jeszcze zostały wolne. Poza tym przyjemnie dobrano kolor pościeli i zasłon, dzięki czemu pokój wygląda jeszcze schludniej.

Jest klimatyzacja, oczywiście dość prosta, ale niczego więcej nie potrzeba. Nawet miejsce jej montażu dobrano całkiem optymalnie, choć osobiście umieściłbym ją między łóżkami, w okolicy wezgłowia. W każdym razie nie było zbyt gorąco, więc wyłączyliśmy ją i nie włączaliśmy już do wyjazdu.
Nawiasem mówiąc, nad ranem, przy otwartym oknie, było nawet chłodno i bez klimatyzacji.
Przejście do pokoju można zamknąć drzwiami, co również jest dużym plusem — nie będzie przeszkadzał hałas lodówki. Widziałem kiedyś wideorecenzję droższego pokoju w innym hotelu, gdzie kuchnia znajdowała się właściwie w sypialni, co oczywiście byłoby irytujące, a sam pokój kosztował więcej.
Drzwi zamykają się z oporem, widać, że napęczniały od wilgoci — do tego stopnia, że nie pomogło nawet wpuszczenie zawiasów „motylkowych” w drewno, choć być może nieco zwęził się też sam otwór drzwiowy. Nie przeszkadzało to jednak wcale, to raczej tylko spostrzeżenie. W każdym razie drzwi to plus.

Łazienka również przypadła mi do gustu: na podłodze płytki, na suficie drewno, bardzo czysto i schludnie, nowoczesna umywalka i toaleta. Przy zameldowaniu dostaliśmy rolkę papieru toaletowego, dziecięce mydło w mydelniczce i kilka worków na śmieci (dodatkowe worki były też w kuchni). Pod umywalką znalazła się ponadto niewielka miska, gdyby ktoś chciał coś przeprać.
Tutaj również dałbym pięć punktów, ale mam parę sugestii. Na przykład przydałaby się poręcz pod prysznicem, a także wyższy próg, bo choć staraliśmy się korzystać ostrożnie, czasami trochę wody przedostawało się poza niego.
Poza tym krany są nieco mylące: w kuchni i pod prysznicem ciepła woda jest po lewej stronie, a przy umywalce po prawej. Po dniu się przyzwyczailiśmy. Bateria prysznicowa ma dwa pokrętła i jest bardzo „czuła” — dosłownie niewielka zmiana wyraźnie wpływa na temperaturę wody.
Tak, woda jest tutaj naprawdę gorąca — przez duże G — i leci gorąca niemal od razu po odkręceniu, a nie tak jak u nas w domu, gdzie czasem trzeba czekać pół godziny, aż „spłynie”. Szacun, to świetna sprawa!
Lampę doradziłbym jednak właścicielom wymienić, bo zamontowany model nie spełnia norm bezpieczeństwa dla pomieszczeń mokrych.

No i oczywiście taras — relaks w czystej postaci. Właśnie na niego wychodziłem zapalić. Jest wygodnie, powietrze czyste i świeże, krzesełka wygodne, widok na basen, a do tego suszarka, na której można powiesić ubrania i ręczniki. Tak, suszarka jest ważna, bo w przeciwieństwie do Charkowa ubrania schną tutaj wyraźnie dłużej, więc będziecie z niej korzystać bez przerwy. Myślę, że w pokoju czteroosobowym druga też by się przydała. Problem dotyczył zwłaszcza ręczników, które po prostu nie zdążały wyschnąć.
W domu mamy sześciometrową loggię, nawiasem mówiąc również wyłożoną drewnem, tyle że mocowanym na klamry, a nie gwoździe, ale nie ma ona porównania z takim tarasem. Taras jest wspólny dla dwóch pokoi, ale jest dość długi, więc nie sądzę, żeby komuś to przeszkadzało.
Przy zameldowaniu powiedziano nam, że pokój jest oddawany czysty i nie jest sprzątany aż do wymeldowania. W pełni nam to odpowiadało, ale okazało się, że taras jest zamiatany co najmniej raz dziennie, więc o porządek dba się na bieżąco.

Właściwie wszystko, co napisałem powyżej, to raczej życzenia i w większości subiektywna opinia, a w żadnym razie krytyka. Mimo to już po pierwszej nocy wyszło na jaw coś, co nieco popsuło ogólnie bardzo pozytywne wrażenie.
Łóżko jest dobre, materac dość prosty, czego można się było spodziewać, bo różnie bywa, a w razie „awarii” wymiana drogiego materaca byłaby znacznie większym wydatkiem. Po prostu my, przyzwyczajeni do materaca ze sprężynami kieszeniowymi, od razu to zauważyliśmy.
Okazało się jednak, że łóżko trochę skrzypi, przy czym wyraźnie skrzypiał nie sam stelaż, lecz blok listew. Znałem tę przypadłość, więc postanowiłem po prostu lekko dokręcić wkręty mocujące ramę z listwami.
I aż mnie zamurowało, gdy zobaczyłem w środku bardzo nietypowe rozwiązanie techniczne: ramy w ogóle nie ma, a same listwy leżą na bocznych listwach podporowych. Nic dziwnego, że łóżko „popiskiwało” — nie mogło być inaczej, bo prawidłowo listwy powinny być osadzone w specjalnych gumowych uchwytach.
Nie wiem, jak jest w innych ośrodkach wypoczynkowych, ale tutaj stolarze wyraźnie zaoszczędzili. Na moim kanale jest film, na którym pokazywałem gotowy remont, który robiliśmy z kolegą, wraz z opisem całego procesu. Jest tam też opis właśnie takiego łóżka, pokazywałem również blok listew — link do filmu. Polecam obejrzeć tym, którzy go nie widzieli — sporo przydatnych informacji.

Pokój i hotel to oczywiście bardzo ważna sprawa, ale przecież przyjechaliśmy nad morze, więc teraz będzie o nim.
Zacznę od opisu drogi. Zrobiłem zrzut ekranu mapy i zaznaczyłem na nim trasy, którymi chodziliśmy.
1. Na czerwono — droga z dworca autobusowego do hotelu. Jak widać, jest naprawdę krótka.
2. Zielonym zaznaczyłem trasę, którą chodziliśmy nad morze od samego początku. Jest trochę dłuższa, ale miejsce do opalania i kąpieli jest po prostu świetne.
3. Żółtym — alternatywny wariant, nieco krótszy, a część drogi prowadzi w cieniu przez park. Odkryliśmy go później.
4. Niebieskim — najczęściej wybierana trasa nad morze. Jest trochę bliżej, ale ludzi jest wyraźnie więcej. To właśnie wyjście, przy którym znajduje się kamera internetowa.
Żeby wygodnie korzystać z plaży, musiałem mocno zmienić swój rozkład dnia. Zwykle kładłem się spać o 4 rano i wstawałem o 9:30, a tutaj wstawaliśmy o 6 rano, wypijaliśmy po filiżance kawy z czymś do niej, szykowaliśmy się i około 7 byliśmy już na plaży.
Opalaliśmy się i kąpaliśmy do 11, potem szliśmy do pokoju, myliśmy się, jedliśmy obiad i odpoczywaliśmy do 15. Potem znów filiżanka kawy i około 16 wracaliśmy na plażę, gdzie opalaliśmy się do 18. Po plaży wracaliśmy do pokoju, zostawialiśmy rzeczy, przebieraliśmy się i szliśmy na spacer.
Oczywiście chcieliśmy pospacerować dłużej, ale przeszkadzały nam komary. Nie, to nawet nie były komary, tylko jakieś psy, które rzucały się na wszystko, co żyje... Dlatego około 21 wracaliśmy do pokoju, jedliśmy coś lekkiego, myliśmy się i szliśmy spać.

Kilka zdjęć z drogi na plażę.
Postanowiłem zacząć od tego zdjęcia nie tylko dlatego, że zostało zrobione tuż obok hotelu, ale też po to, by właściciele samochodów mieli się na baczności — czasem może się zdarzyć, że wasze auto będzie nocować na ulicy. Na samym początku rozmowy Siergiej powiedział mi, że mają parking na terenie obiektu, ale ponieważ na razie nie mamy samochodu, nie było to dla nas istotne.

Po drodze natkniecie się na wiele pięknych kwiatów. Właściciele domów starają się ozdabiać przyległy teren.

A dalej wszystko jest proste.
Dochodzimy do płotku, na którym wyraźnie napisano, że jeśli nad morze, to tędy :)
Dalej jest ścieżka, na której trudno się zgubić, bo jest porządnie wydeptana.
Ścieżka prowadzi przez park sanatorium „Kirillovka”, gdzie rośnie wiele różnych pięknych drzew. To zresztą świetne miejsce do odpoczynku.
Wychodzimy na asfaltową aleję i idziemy aż do samego końca.

Tutaj skręciliśmy w lewo, ale jeśli skręcicie w prawo, szybciej dotrzecie na plażę. Jest tam sporo różnych punktów gastronomicznych i innych atrakcji. Przy samym rozwidleniu można kupić gotowaną kukurydzę. Jeśli ją lubicie, lepiej kupić ją tutaj — na plaży kosztuje dwa razy więcej.

Po lewej jest stołówka. Ludzie wychodzili chyba zadowoleni, więc na wszelki wypadek sfotografowałem ofertę i ceny. Ceny podano w UAH, kurs wynosi około 27,5.

Po drodze są już miejsca, z których widać morze, ale idziemy kawałek dalej, skręcamy w prawo, dochodzimy do schodów i schodzimy na dół.
Przy schodach stoją kosze na śmieci, postarajcie się nie zostawiać śmieci na plaży.

Dalej można pójść zarówno w lewo, jak i w prawo — w zasadzie nie robi to większej różnicy. Odpoczywaliśmy po prawej stronie plaży.
Plaża jest tu usłana drobnymi muszelkami. Chodzenie boso nie jest zbyt wygodne, ale za to podłoże nie nagrzewa się tak jak piasek.

Hurra, wreszcie dorwałem się do morza :)
Dno jest dobre, nachylenie umiarkowane, nie ma nagłych zmian głębokości i nie trzeba iść 50 m, żeby dotrzeć do głębszej wody. Krótko mówiąc, 5 punktów.

Z tyłu plaży jest urwisko, a w jednej jego części ptaki postanowiły urządzić sobie blok mieszkalny, dlatego lepiej się tam nie opalać. My na początku opalaliśmy się właśnie w pobliżu tego miejsca — prawie nam się upiekło :)

Atrakcje są raczej standardowe: można polatać na spadochronie, oczywiście jest też „klasyka” — banan/smok, koło do holowania, zjeżdżalnie i kule.

Jest też pływająca wyspa rozrywki, prosto na morzu.
Ogromny szacunek dla osoby, która ustawiła ławki na skraju urwiska. To naprawdę jedno z najlepszych miejsc do odpoczynku: piękne widoki, od morza wieje przyjemny wiatr, a fale szumią.

Można też popływać małą motorówką. Widzieliśmy ją od czasu do czasu; chyba odpływa z początku Mierzei Fiedotowej.

Ogólnie oferta rozrywkowa jest raczej kiepska, dlatego niektórzy przywożą ze sobą własne atrakcje. Wspomnę też o bardzo sympatycznym naganiaczu na „banana” — naprawdę poprawiał humor wszystkim na plaży.

Bardzo podobało mi się, jak słońce gra światłem wczesnym rankiem.

Kilka razy wieczorem wychodziliśmy na spacer po plaży, gdzie po drodze żerują mewy. Chodzilibyśmy więcej, gdyby nie wszechobecne komary :(

Oczywiście zastanawialiśmy się, czy są tam meduzy i pchły morskie. Pcheł nie było, za to trafiały się „morskie karaluchy”, ale nie są groźne i nam nie przeszkadzały.
Meduzy natomiast były — i to nie niegroźne Aurelie, lecz całkiem „parzące” korneroty. Przez pierwsze dwa dni było ich bardzo mało i mogliśmy swobodnie się kąpać, tylko od czasu do czasu rozglądając się na boki. Trzeciego dnia zrobiło się ich już stosunkowo dużo, co oczywiście trochę nas niepokoiło.
Potem przeszła niewielka burza i prawie wszystkie meduzy odpłynęły gdzieś w morze, zostawiając tylko kilka martwych towarzyszek, więc kąpiel znów była przyjemna. Tutaj wszystko zależy od szczęścia.

Jeśli chodzi o wystrój, każdy wymyśla, co może. Na przykład baza „Bagira” przypomina stary zamek, choć moim zdaniem jest to trochę zbyt pompatyczne.

Albo taki domek — już lepiej, ale i tak „nie dla każdego”.

Bardziej podobały nam się jednak bazy w stylu loftowym, o bardziej stonowanym wyglądzie. Zresztą drewno zawsze prezentuje się pięknie.

Trafiają się też dość dziwne miejsca. Na przykład przy zakręcie w stronę morza zobaczyliśmy bazę z ładnymi domkami, ale zdziwiło nas, że nie ma tam ludzi, a płot wygląda naprawdę kiepsko.

Kiedy jednak spojrzeliśmy z drugiej strony, okazało się, że baza jest całkowicie opuszczona, a drzwi zabite deskami. Trafiają się też bazy porzucone na etapie budowy.

Drugiego dnia pobytu poszliśmy na spacer, a przy okazji poszukać sklepu spożywczego — i w końcu go znaleźliśmy. Wspominałem już o sklepie „Tranzyt”: całkiem nowoczesny, ale z „kurortowymi” cenami, choć ma większy wybór niż małe sklepiki przy ulicy.
Za to w końcu dotarliśmy nad liman. Tak, jest tu całkiem ładnie, choć jednocześnie czuć pewne zaniedbanie.

Po drugiej stronie od nas znajdował się aquapark, jak się okazało, jeden z największych w Europie. Trzeba jednak od razu przygotować się na ceny biletów przekraczające 500 UAH. Dla porównania, w całorocznym aquaparku Dżungla w Charkowie bilet kosztuje od 220 UAH.
Może jednak i tutaj kiedyś zajrzymy.

Spacerowaliśmy, spacerowaliśmy i w końcu, kierując się nawigacją, wróciliśmy do hotelu, w którym mieszkaliśmy. Na zdjęciu widać nowoczesną część budynku, w której właśnie mieszkaliśmy.
Na zdjęciu widać wiatrak. Chyba jedyny w Kyryliwce, więc służył za dobry punkt orientacyjny.

Przywykliśmy do cichego i spokojnego trybu życia, do spacerów po polach, z dala od miejskiego zgiełku, ale mimo to chcieliśmy zobaczyć, czym żyje Kyryliwka i co ciekawego można tam znaleźć.
Trzeciego dnia pobytu wyszliśmy na spacer na Bulwar Nadmorski, gdzie zwykle koncentruje się życie przyjezdnych.
Tutaj jest oczywiście ciekawiej na swój sposób: szeroki chodnik, piękne kwiaty i drzewa.

Dość szybko dotarliśmy na centralny plac, ozdobiony niewielką fontanną i instalacją „Kocham Kyryliwkę”.

Jest tu też kompozycja „Trzy delfiny” z ławeczką, do której ustawiła się cała kolejka chętnych do zdjęcia.
I to właściwie wszystkie atrakcje centralnego placu. A tak przy okazji: jeśli ktoś chce spokojnie zrobić sobie zdjęcie, polecam przyjść w dzień — zwykle jest wtedy pusto.

Przy fontannie można też zrobić sobie zdjęcie z parą pięknych gołębi. Szczerze mówiąc, trochę nas zdziwiło, że w Kyryliwce nie ma tych ptaków. U nas w Charkowie latają dosłownie całymi wielkimi stadami.

Znajduje się tu również administracja miasta i najwyraźniej postanowiono nieco upiększyć jej otoczenie, na przykład sympatycznymi drogowskazami.

Dalej ciągnie się cała ulica rozrywek. Sama w sobie wygląda oczywiście skromniej, ale skupia się tu praktycznie wszystko.
Na przykład znajduje się tu „ZOO do głaskania”. Można zrobić sobie zdjęcie z boa dusicielem, orłami, pawiami, a nawet dinozaurami i fantastycznymi postaciami.
Można tu też wykupić wycieczki, ale o ile mi wiadomo, nie są szczególnie interesujące. Na wszelki wypadek sfotografowałem kierunki i ceny.

A potem ogarnęło mnie lekkie déjà vu. Kto był kiedyś na bazarze Barabaszowa, ten zrozumie.
Wieczorem ludzi jest jak mrówek: wszyscy gdzieś idą, coś jedzą, robią sobie zdjęcia, kupują pamiątki, wożą dzieci zabawkową kolejką.

Oczywiście dużo miejsca zajmują stoiska z rybami i owocami morza. Chcieliśmy coś kupić, ale postanowiliśmy nie ryzykować, przynajmniej za pierwszym razem :)

Jest tu też mnóstwo rozmaitych kawiarni, a także punktów, w których na ulicy przyrządza się różne rodzaje szaszłyków. Dym, jak to mówią, „stoi jak ściana”. Sprzedają też piwo, wino, cydr i inne napoje.
Właściwie pewnie spróbowalibyśmy lokalnego wina, ale przypadkiem dowiedzieliśmy się o nim dopiero przy wyjeździe, gdy właścicielka hotelu nam je zaoferowała. Było już jednak za późno.

Jeśli pójdziecie kawałek dalej, traficie do jednego z głównych miejsc rozrywki — lunaparku.
Weszliśmy tam tylko po to, żeby się rozejrzeć, bo jest jednak nastawiony na dzieci.
Atrakcje są liczne, ale pewnie widzieliście je już w innych miastach, więc nie ma sensu ich opisywać.
Ceny są takie, że jeśli chcecie pojeździć z dzieckiem bez większego oszczędzania, wydacie około 1000–1500 UAH, nie licząc różnych „smakołyków”, o które oczywiście poprosi was ono kupić.
Ogólnie typowa maszynka do wyciągania pieniędzy od ludzi, ale z dzieckiem zdecydowanie warto tam zajrzeć.

Wieczorem część centrum jest zamykana dla samochodów, ale i tak się tam przedostają. Można spotkać sporo kabrioletów — od przerobionej „Wołgi” po całkiem nowoczesne auta zagranicznych marek.

Pewnie pospacerowalibyśmy jeszcze dłużej, ale naprawdę mieliśmy już dość hałasu, tłumów i dymu, więc ruszyliśmy z powrotem. Po drodze trafiliśmy na sklepik w rodzaju charkowskich ATB albo Posad. No i oczywiście komary — naprawdę atakowały całymi chmarami.
Okazało się, że wieczorem świeci latarnia morska przy dworcu autobusowym, a na słupach podświetlone są też figurki delfinów. Ładnie, ale spieszyliśmy już do pokoju, ratując zrobione zdjęcia przed chmarą komarów, przed którymi nie chronił nawet specjalny spray.

Staraliśmy się dobrze zaplanować wyjazd, ale ostatniego dnia pojawił się mały problem. Pokój musieliśmy zwolnić o 11, autobus odjeżdżał o 19, a początkowo planowaliśmy po prostu pospacerować po Kyryliwce.
Jak się jednak okazało, w Kyryliwce nie ma dla nas zbyt wielu ciekawych miejsc, więc poprosiliśmy właścicielkę o przedłużenie wynajmu pokoju do mniej więcej 18 za dodatkową opłatą. Niestety czekali już nowi goście i nie dało się przedłużyć pobytu. Zaproponowała za to, że zostawimy bagaże w osobnym pomieszczeniu, a nawet skorzystamy z lodówki, do której mogliśmy włożyć nasze jedzenie. Za to należą się jej osobne podziękowania.
W końcu pomyśleliśmy i poszliśmy pospacerować po parku sanatorium Kyryliwka. Mogę powiedzieć, że okazało się to nawet lepsze niż czekanie na wyjazd w pokoju, więc chyba dobrze, że nie udało się przedłużyć wynajmu.
Sanatorium ma około 100 lat. Na jego terenie jest bardzo dużo różnych alejek, po których spacerowaliśmy przez większość czasu, czasem wychodząc usiąść niedaleko morza.

Większość alejek jest asfaltowa, ale są też takie wyłożone różnymi rodzajami płytek. Po prawej widać zresztą ścieżkę od plaży, którą odkryliśmy pod koniec wyjazdu.

Prowadzi ona do stołówki sanatorium. Dalej można skręcić w lewo i wyjść na główną aleję.
Nie fotografowaliśmy budynków sanatorium, niestety. To zwykłe stare budynki; sądząc po wyglądzie, wymieniono w nich najwyżej okna na plastikowe. Poza tym typowy ZSRR z lat 70. i 80.

Park słynie jednak z dużej liczby egzotycznych roślin i drzew. Nie widzieliśmy wszystkiego, ale to, co wpadło nam w oko, w zupełności wystarczyło, żeby odpocząć. Poza tym powietrze jest tam bardzo czyste, co jeszcze bardziej spotęgowało efekt spaceru.


Niezwykłe drzewo o dziwnych owocach. Na pamiątkę zabraliśmy sobie jedną niewielką gałązkę.


W przeciwieństwie do pozostałej części Kyryliwki tutaj przycinają nie tylko trawniki, ale też formują krzewy, tworząc różne kompozycje.

Około 18 wróciliśmy po rzeczy, przebraliśmy się i powoli ruszyliśmy na dworzec autobusowy.

Już po przyjeździe chcieliśmy sprawdzić, jakie autobusy odjeżdżają z tego dworca, ale było jeszcze wcześnie i był zamknięty. Wieczorem na wszelki wypadek zrobiłem zdjęcie rozkładu autobusów i marszrutek — może komuś się przyda.

I to już wszystko. O 19.30 autobus zawiózł nas z powrotem do Charkowa. Przyjechaliśmy o 5.10 rano, wezwaliśmy taksówkę i około wpół do szóstej byliśmy już w domu.

Do domu przywieźliśmy mnóstwo wrażeń, garść muszelek i oczywiście małą pamiątkę — ślimaka :)

Wielu pewnie zainteresuje, ile to wszystko kosztowało.
1. Noclegi przez 5 dób — 5000 UAH
2. Autobus — 1200 UAH za dwie osoby w obie strony
3. Jedzenie — część zabraliśmy ze sobą, część kupowaliśmy na miejscu. To, co kupiliśmy, kosztowało, powiedzmy, 500 UAH.
Razem około 7000 UAH.
Sporo wydaliśmy na przygotowania, bo trzeba było kupić torby, środki chroniące przed słońcem i komarami itd.
Po przyjeździe zrozumieliśmy, że nie ma większego sensu zabierać ze sobą jedzenia, chyba że kawałek dobrej kiełbasy i sera, czyli coś, co niewiele waży, a na miejscu jest drogie.
A teraz tradycyjnie — wnioski.
Jak już pisałem, z żoną nigdy wcześniej nigdzie nie byliśmy, więc trudno nam porównywać to miejsce z innymi. Ogólne wrażenia są jednak zdecydowanie pozytywne, za co warto podziękować:
Morzu Azowskiemu i jego wspaniałemu powietrzu.
Natalii i Siergiejowi oraz ich hotelowi „Amira”.
Firmie Kółczak za to, że nie tylko zawiozła nas nad morze, ale też bezpiecznie odwiozła z powrotem.
Meduzom i komarom, które trzymały nas „w formie” :)
Niestety, subiektywnie rzecz biorąc, widok okolicy miejscami przygnębia. Można by tu stworzyć świetny kurort, urządzić tereny parkowe, posadzić drzewa, zagospodarować plaże (na przykład dodając przebieralnie i toalety) i sprzątać martwe meduzy. Ale nic z tego nie ma — po przyjeździe zobaczycie typową zabudowę prywatną.
Owszem, właściciele ośrodków wypoczynkowych starają się, by u nich wszystko było jak najładniejsze i najwygodniejsze. Jest aquapark i delfinarium, ale wystarczy wyjść za bramę, by znaleźć się w miejscu niemal całkowicie pozbawionym lokalnej infrastruktury i dróg. Myślę, że władze Kyryliwki powinny się nad tym zastanowić, ale coś mi mówi, że za 10 lat niewiele się zmieni. Większą szansę na poprawę daje chyba wspólna inicjatywa samych właścicieli posesji.
Czy pojechalibyśmy następnym razem nad Morze Azowskie? Raczej nie, ale nie dlatego, że jest tam źle — po prostu chcielibyśmy odwiedzić jeszcze jakieś inne miejsce.
Gdybyśmy jednak pojechali, czy zatrzymalibyśmy się ponownie w „Amirze”? Jestem prawie pewien, że tak. Hotel naprawdę świetnie nadaje się na spokojny rodzinny wypoczynek — zarówno z dziećmi, jak i we dwoje, tak jak my. Polecam.
To już wszystko. Mam nadzieję, że moja relacja z wyjazdu przyda się tym, którzy dopiero wybierają się na urlop.
Tę stronę znaleziono, wyszukując:
отзывы о море, медузах 2021 год, кирилловка 2021 год, курорт кирилловка 2021, итоги курортного сезона в кирилловке 2021, отзывы о медузах в море в кириловке в августе 2021 года, кирилловка море 2021, отдых в кириловке лето 2021 отзывы отдыхающих, медузы в кириловке 2021 год, летний отдых 2021 года на базе отдыха голубая даль в кирилловке, кирилловка отдых 2021 цены медузы в море, кирилловка медузы в июле 2021, кирилловка федотова коса веб камеры 2021 сейчас есть ли медузы, отдых в кириловке медузы на федотовой косе июль 2021 отзывы отдыхающих, где в кирилловке меньше медуз, медузы кирилловка 2021, есть медузы в кирилловке, есть ли медузы в кирилловке форум, кирилловка медузы 2021, есть ли медузы в кирилловке июль 2021 отзывы, отзывы о море в кириловке в июле есть ли медузы и комары, медузы в кирилловке 2021
отзывы о море, медузах 2021 год, кирилловка 2021 год, курорт кирилловка 2021, итоги курортного сезона в кирилловке 2021, отзывы о медузах в море в кириловке в августе 2021 года, кирилловка море 2021, отдых в кириловке лето 2021 отзывы отдыхающих, медузы в кириловке 2021 год, летний отдых 2021 года на базе отдыха голубая даль в кирилловке, кирилловка отдых 2021 цены медузы в море, кирилловка медузы в июле 2021, кирилловка федотова коса веб камеры 2021 сейчас есть ли медузы, отдых в кириловке медузы на федотовой косе июль 2021 отзывы отдыхающих, где в кирилловке меньше медуз, медузы кирилловка 2021, есть медузы в кирилловке, есть ли медузы в кирилловке форум, кирилловка медузы 2021, есть ли медузы в кирилловке июль 2021 отзывы, отзывы о море в кириловке в июле есть ли медузы и комары, медузы в кирилловке 2021
Produkty w obniżonych cenach
Może Cię zainteresować
Produkty w obniżonych cenach
Wesprzyj projekt
Wszystkie materiały na stronie i porady są bezpłatne, ale będziemy wdzięczni za wsparcie projektu i kanału!
Komentarze6
Omów na forumMasz pytanie lub własne doświadczenia? Omów artykuł z autorem i czytelnikami — na forum wygodnie pokazuje się schematy i zdjęcia.
Przejdź na forumKomentować mogą zarejestrowani czytelnicy. Rejestracja zajmuje minutę, a zalogować się można za pomocą tego samego konta co na forum.
Zaloguj sięRejestracja



Komentarze są publikowane w języku oryginału.